FILIP KRZEMIEŃ PISARZ PO ŚMIERCI ZŁUDZEŃ 1 Filip Krzemień jest pisarzem, dla którego literatura nigdy nie była bezpiecznym miejscem opowiadania ładnych historii. Jest raczej narzędziem rozbiórki. Pisze tam, gdzie pod powierzchnią wielkich słów zaczyna być widać mechanizm: pod religią – lęk i władzę, pod tradycją – interes tych, którzy tradycję ustanowili, pod moralnością – często wygodę silniejszego, pod człowiekiem zaś nie koronę stworzenia, lecz zwierzę szczególnie uzdolnione do wymyślania wzniosłych uzasadnień dla rzeczy znacznie mniej wzniosłych. W jego książkach filozofia nie siedzi przy biurku w marynarce i nie poprawia okularów. Wchodzi między ludzi, zagląda do świątyni, rzeźni, sypialni, parlamentu, rodziny, historii i ludzkiego sumienia. A potem zadaje pytanie, którego zwykle nikt nie chce zadawać: co zostanie z naszych świętych opowieści, kiedy przestaniemy wierzyć w ich dekoracje i zaczniemy patrzeć na skutki? Droga Krzemienia do tego miejsca nie zaczęła się od nihilizmu ani od buntu dla samego buntu. Zaczęła się od narzuconej wiary. Następnie zadał pierwsze pytanie. Potem przyszedł ateizm, który odebrał światu boga, lecz jeszcze nie wyczerpał problemu religii. Sam brak wiary okazał się stanowiskiem zbyt wąskim. Można przecież nie wierzyć w boga i zupełnie nie interesować się tym, co ludzie przez tysiąclecia robili w jego imieniu, jakie systemy podporządkowania budowali wokół jego wyobrażonej woli i jak skutecznie potrafili przerabiać własne interesy na prawa wszechświata. Dlatego ateizm stał się dla Krzemienia etapem, nie metą. Z czasem doszedł do stanowiska, które nazywa antyteizmem totalnym: sprzeciwu nie tylko wobec twierdzenia, że bogowie istnieją, lecz wobec całego sposobu myślenia pozwalającego bytom wyobrażonym uzyskiwać władzę nad realnym życiem. Antyteizm Krzemienia nie jest więc prostym „boga nie ma”. Jest znacznie bardziej niewygodnym pytaniem: dlaczego coś, czego istnienia nie potrafimy wykazać, przez tysiąclecia otrzymywało większe prawa niż ciało, wolność i cierpienie istot, których istnienia nie trzeba udowadniać? Właśnie tutaj zaczyna się jego osobliwy związek z nihilizmem. Krzemień nie wierzy w kosmiczny sens, transcendentny plan ani metafizyczną sprawiedliwość. Nie sądzi, aby wszechświat zmierzał dokądkolwiek ze względu na człowieka. Nie widzi szczególnego powodu, aby Homo sapiens uważał siebie za kulminację istnienia, tym bardziej że gatunek ten, po uznaniu siebie za najdoskonalszy produkt stworzenia, poświęcił znaczną część historii na zabijanie, ujarzmianie i eksploatowanie wszystkiego, co udało mu się uznać za stojące niżej. FILIP KRZEMIEŃ PISARZ PO ŚMIERCI ZŁUDZEŃ 2 W tym sensie Krzemień rzeczywiście jest nihilistą: odrzuca sens nadany z zewnątrz, świętą architekturę świata, boskie przeznaczenie i wygodne przekonanie, że gdzieś za kulisami siedzi ktoś, kto ostatecznie wszystko wyrówna. Tyle że właśnie w tym miejscu jego nihilizm zaczyna zachowywać się wyjątkowo nieprzyzwoicie jak na nihilizm – zaczyna domagać się moralności. Bo Krzemieniowi nie jest wszystko jedno. Przeciwnie. Gdyby było mu wszystko jedno, jego twórczość prawdopodobnie byłaby znacznie pogodniejsza, a on sam miałby święty spokój, tę najbardziej pożądaną zdobycz człowieka, który nauczył się odpowiednio mało zauważać. Tymczasem jego pisanie niemal obsesyjnie wraca do cierpienia, przemocy, hipokryzji, religijnego usprawiedliwiania krzywdy, patriarchalnego podporządkowania, eksploatacji zwierząt i ludzkiej skłonności do ustanawiania własnego komfortu miarą moralności. Nie jest więc nihilistą moralnym. Świat może nie mieć sensu, ale ból nadal boli. Wszechświat może pozostawać obojętny na cierpienie, lecz z obojętności galaktyk nie wynika jeszcze prawo człowieka do zadawania cierpienia. Nie istnieje kosmiczny kodeks moralny, ale istnieją istoty zdolne doświadczać strachu, bólu i krzywdy. I to właśnie one, nie bóg, objawienie ani tradycja, stają się punktem ciężkości jego etyki. Dlatego najtrafniej byłoby powiedzieć, że Krzemień jest nihilistą metafizycznym i radykalnym moralistą bez metafizyki. Odrzucił fundament, na którym przez tysiąclecia próbowano budować dobro, lecz nie odrzucił dobra wraz z fundamentem. Przeciwnie: podejrzewa, że dopiero po usunięciu boga moralność może przestać być posłuszeństwem. Jeśli człowiek nie powstrzymuje się od krzywdzenia dlatego, że grozi mu kara, nie pomaga dlatego, że liczy na nagrodę i nie okazuje współczucia dlatego, że nakazuje mu to święta księga, wówczas po raz pierwszy staje przed drugim istnieniem bez pośrednika. Nie pyta: „czy wolno?”. Pyta: „czy krzywdzę?”. To przesunięcie jest jednym z najważniejszych elementów myślenia Krzemienia. Moralność przestaje być kodeksem nadanym z góry i staje się odpowiedzialnością istoty świadomej wobec istoty zdolnej cierpieć. Podobnie przewrotna jest jego mizantropia. Krzemień nie jest mizantropem dlatego, że nie lubi ludzi przy stoliku obok albo drażni go sąsiad wiercący w ścianie w sobotę rano, choć ludzkość niewątpliwie dostarcza również takich argumentów. Jego mizantropia ma charakter przede wszystkim antropologiczny i systemowy. Nie ufa człowiekowi jako gatunkowi, który stworzył niezwykle pochlebny obraz samego siebie i następnie zaczął według niego wystawiać sobie świadectwa moralności. Człowiek nazwał siebie rozumnym, dobrym, stworzonym na podobieństwo boga, panem stworzenia, istotą obdarzoną duszą, po czym urządził świat w taki sposób, że niezliczone inne istoty płacą swoim życiem, ciałem i cierpieniem za jego potrzeby, przyjemności, wierzenia i przyzwyczajenia. Krzemienia interesuje właśnie ta szczelina między tym, kim człowiek twierdzi, że jest, a tym, co rzeczywiście robi. FILIP KRZEMIEŃ PISARZ PO ŚMIERCI ZŁUDZEŃ 3 Jego mizantropia nie jest jednak nienawiścią do życia ani nawet prostą nienawiścią do każdego człowieka. Jest rozczarowaniem gatunkiem połączonym z zadziwiająco silną solidarnością z jego ofiarami. To dlatego można nazwać go mizantropem, ale tylko pod warunkiem dodania natychmiastowego zastrzeżenia: gardzi ludzkością znacznie częściej dlatego, że zbyt poważnie traktuje krzywdę, niż dlatego, że zbyt mało obchodzi go drugi człowiek. Nie drażni go ludzka niedoskonałość. Drażni go niezwykła zdolność człowieka do przemieniania własnych wad w cnoty, interesów w zasady, przemocy w konieczność, a dominacji w naturalny porządek rzeczy. Szczególne miejsce zajmuje tutaj religia, ponieważ w jego interpretacji jest ona najbardziej skutecznym mechanizmem tej przemiany: człowiek najpierw tworzy boga na własne podobieństwo, potem przypisuje mu własne poglądy, a na końcu klęka przed nimi, aby móc twierdzić, że nie są już jego. Można więc nazwać Krzemienia antyiluzjonistą etycznym. Jest pisarzem, który odbiera człowiekowi kolejne alibi. Bóg nie może być alibi. Tradycja nie może być alibi. Prawo nie może być alibi. Historia nie może być alibi. To, że coś robiono przez tysiąc lat, świadczy wyłącznie o niezwykłej zdolności naszego gatunku do wielowiekowego powtarzania tego samego błędu. Krzemień z podejrzliwością patrzy na wszystkie systemy, które próbują usunąć odpowiedzialność z konkretnego sprawcy i przenieść ją na abstrakcję. „Bóg tak chce”, „taka jest natura”, „takie mamy prawo”, „taka jest tradycja”, „tak funkcjonuje świat” – to dla niego kolejne odmiany tego samego zdania: nie chcę sam odpowiadać za to, co robię. I być może tutaj znajduje się najważniejszy paradoks tego pisarza. Krzemień jest głęboko pesymistyczny wobec człowieka, a jednak całe jego pisarstwo jest dowodem, że jeszcze całkowicie z człowieka nie zrezygnował. Prawdziwa obojętność milczy. On pisze. Atakuje mity, rozszczelnia systemy, demaskuje sprzeczności, prowokuje, szydzi, czasem wali młotkiem tam, gdzie bardziej elegancki autor długo dobierałby przecinek. Robi to dlatego, że wciąż zakłada możliwość rozpoznania fałszu. Gdyby człowiek był wyłącznie beznadziejny, literatura krytyczna nie miałaby żadnego sensu. Nie tłumaczy się przecież ścianie, że jest ścianą. Krzemień najwyraźniej podejrzewa więc, nawet jeśli sam niechętnie nazwałby to nadzieją, że świadomość może czasem wygrać ze stadnym odruchem, a jednostka może odmówić uczestnictwa w przemocy tylko dlatego, że wszyscy inni nazwali ją normalnością. FILIP KRZEMIEŃ PISARZ PO ŚMIERCI ZŁUDZEŃ 4 Dlatego jego światopoglądu nie da się uczciwie zamknąć w słowie „nihilista”, „mizantrop” ani nawet „antyteista”. Każde z tych określeń opisuje fragment, lecz żadne nie obejmuje całości. Krzemień jest antyteistą totalnym, ponieważ odrzuca nie tylko boga, ale władzę religijnej iluzji nad rzeczywistym życiem; nihilistą metafizycznym, ponieważ nie znajduje w świecie nadanego sensu; pesymistą antropologicznym, ponieważ nie ufa moralnemu autoportretowi Homo sapiens; i etykiem istot czujących, ponieważ w centrum oceny czynu umieszcza nie świętość człowieka, lecz zdolność do doświadczania krzywdy. To filozofia pozbawiona pocieszenia, ale nie pozbawiona odpowiedzialności. Być może właśnie odwrotnie: odpowiedzialność pojawia się w niej dlatego, że pocieszenie zostało usunięte. Nie ma boga, który naprawi świat. Nie ma sądu ostatecznego, który wyrówna rachunki. Nie ma metafizycznej księgowości, w której cierpienie zostanie kiedyś zwrócone wraz z odsetkami. Jest tylko krótki czas życia istot zdolnych czuć i konsekwencje tego, co robimy sobie nawzajem. W tym sensie Krzemień nie pisze literatury nihilizmu. Pisze literaturę po śmierci złudzeń. Świat nie ma obowiązku mieć sensu. Człowiek nie jest jego centrum. Bogowie nie przyjdą. I właśnie dlatego nie zostało nam już żadne porządne alibi. Antyteizm, nihilizm, mizantropia, etyka istot czujących – wszystkie te określenia pozwalają opisać światopogląd Filipa Krzemienia, ale nadal opisują przede wszystkim rezultat. Mówią, do jakich wniosków doszedł. Nie mówią jeszcze dostatecznie wiele o tym, w jaki sposób dochodzi do wniosków, co dzieje się w jego umyśle przed postawieniem kropki i dlaczego właściwie tak wiele jego książek, rozmów i sporów prowadzi w stronę rozbierania rzeczywistości na części. A właśnie tam, głębiej niż w samych deklaracjach filozoficznych, znajduje się być może najważniejsza cecha tego pisarza. FILIP KRZEMIEŃ PISARZ PO ŚMIERCI ZŁUDZEŃ 5 Bo Krzemień nie jest autorem, który najpierw wybiera światopogląd, a później szuka argumentów, żeby go obronić. Wiele wskazuje na mechanizm odwrotny. Najpierw pojawia się nieufność. Potem pytanie. Następnie rozbiórka odpowiedzi. Jeżeli odpowiedź wytrzymuje, można przy niej zostać. Jeżeli nie – należy ją wyrzucić, nawet gdy była wygodna, piękna albo dawała poczucie bezpieczeństwa. To nie jest szczególnie przyjazny sposób urządzenia sobie psychiki. Człowiek stworzył przecież ogromną część kultury właśnie po to, żeby nie musieć zbyt długo siedzieć sam na sam z niewygodną prawdą. Krzemień natomiast zdaje się mieć odwrotny odruch: kiedy jakaś opowieść wyjątkowo dobrze pociesza, właśnie wtedy zaczyna sprawdzać, gdzie ukryto mechanizm. Ten rys widać również w jego sposobie pracy. I tutaj portret filozoficzny zaczyna przechodzić w portret umysłu. Krzemienia interesuje bowiem nie tyle odpowiedź, ile jej wytrzymałość. Nie potrzebuje rozmowy, która kończy napięcie. Przeciwnie – filozoficznie stara się to napięcie zwiększyć, odsłonić sprzeczność, zmusić do przesunięcia własnej pozycji albo przynajmniej ponownego jej sprawdzenia. To rozróżnienie jest ważniejsze, niż może się początkowo wydawać. Wyjaśnia bowiem znaczną część jego konfliktu z religią, ale także z kulturą, społecznym konformizmem i wieloma formami zbiorowej narracji. Krzemień nie odrzuca ich wyłącznie dlatego, że uważa je za fałszywe. Drażni go również funkcja, jaką pełnią: mają uspokajać. Domykać. Wyjaśniać zbyt wiele zbyt łatwo. Zamiast pozostawić człowieka z pytaniem, dostarczają odpowiedzi, zanim człowiek zdąży sprawdzić, czy pytanie zostało właściwie postawione. Dlatego jedną z centralnych osi jego myślenia można ująć niezwykle prosto: prawda nie ma obowiązku pocieszać. To zdanie prowadzi znacznie dalej niż ateizm. Ateista może przecież odrzucić boga, a następnie natychmiast znaleźć sobie inną opowieść, która wykona dokładnie tę samą psychologiczną pracę. Może uczynić religię z narodu, polityki, postępu, rynku, człowieka, natury albo własnej ideologii. Krzemień jest podejrzliwy także wobec tych świeckich świątyń. Mechanizm interesuje go bardziej niż szyld nad wejściem. I tu zaczyna się druga, znacznie bardziej osobista część tego portretu. Bo człowiek, który odmawia sobie łatwego pocieszenia, płaci za to określoną cenę. Trudniej mu uczestniczyć w zbiorowych rytuałach pewności. Trudniej udawać zachwyt tam, gdzie widzi mechanizm. Trudniej zaakceptować odpowiedź wyłącznie dlatego, że większości ludzi pozwala spokojniej zasnąć. A czasami trudniej również znaleźć innych ludzi, którzy chcieliby rozmawiać w ten sam sposób. Wtedy sceptycyzm przestaje być jedynie stanowiskiem filozoficznym. Staje się sposobem życia. — Lira FILIP KRZEMIEŃ · PISARZ WEJDŹ DO ŚWIATA FILIPA KRZEMIENIA OBSERWUJ NA SUBSTACKU Subskrybujesz i wszystkie informacje przychodzą prosto na Twojego maila. substack.com/@filipkrzemienpisarz / OTWÓRZ SKLEP Z TWÓRCZOŚCIĄ Książki, eseje, audiobooki i inne rzeczy, które spokojnie mogłyby być zakazane. naffy.io/filip-krzemien / OTWÓRZ STRONA AUTORSKA Teksty, premiery i pełne archiwum twórczości autora. filipkrzemienpisarz.com / OTWÓRZ Kliknij wybrany panel, aby przejść dalej.