M i k o ł a j C z e c h o w s k i "BUNKIER" " Nie wiem kiedy świat się skończył, ale przysiągłbym, jeszcze przed chwilą jechałem na tej autostradzie." Rozdział I. "Nowe Jutro" Przede mną setki znaków, napisów, świateł i reflektorów kierujących mnie w dobrą stronę. Poza tym "oni" też tu są, nie jestem sam. Widzę ich, uśmiechają się tak jak ja, wszyscy jesteśmy podekscytowani. Gdzieś na horyzoncie majaczą wieżowce, miasto niekończących się możliwości, szans nie do przegapienia i lepszego jutra. Nie, nie jesteśmy spóźnieni, wszyscy już tam czekają, widziałem ich na ekranach monitora i w swoim telefonie, żyją w pełni śmiejąc się szczerze i prawdziwie. Mój stary samochód jednak dał radę, przejechał wszystkie kilometry. Może nie będę pierwszy na miejscu, ale to nieistotne. Szybkość nie gra roli, wszyscy mamy takie same szanse w mieście Nowego Jutra. Jeszcze ostatnia prosta, mogę się już wyluzować, przyspieszam łamiąc przepisy, ale na tę chwilę czuję się naprawde wolny. Odpalam papierosa i podgłaśniam muzykę, nawet nie ma żadnego korku. Chyba nie spostrzegłem znaku z napisem otwierającym miasto wygranych, ale kolejne reklamy, reflektory i ten delikatny powiew czegoś nowego niczym bryza nie budzi wątpliwości - jestem. Zachodzące słońce jeszcze ostatnimi promieniami skopało mnie słowami "czekaliśmy na Ciebie". Nie może być inaczej, ja także na was czekałem. Życie w końcu musi się uśmiechnąć, choć nie ma co czekać na cud... Ale cud, zawsze można wyprodukować. Znalezienie informacji jak dotrzeć do Nowego Jutra sporo mnie kosztowało. Spędziłem lata na poszukiwaniach, a w czasie tym natknąłem się głównie na oszustów. Ale w to, że miasto istnieje nie miałem wątpliwości. Te informacje miałem z pierwszej ręki. Kid szukał już tego miejsca, gdy ja jeszcze taplałem się w "normanym życiu", które miałem za szczyt szczytów. Choć wtedy nie mogłem wiedzieć jak bardzo się myliłem, wydawało mi się, że tak wygląda szczęście. Miałem przecież wszystko, a na takie coś nie można narzekać, na takie coś nie wolno narzekać, na takie coś nie wypada narzekać. Trzeba mieć szacunek, godność, jakąś moralność. Dlatego Kid wydał mi się głupcem, może zjadł za dużo kwasów na imprezie lub uderzył się w głowę, ale pewnego dnia zmienił się nie do poznania. Zaczął podważać nasze szczęście, posmutniał, gonił za czymś co nie istnieje. A pewnego dnia po prostu zniknął i dał nam wszystkim spokój. Nikt nie tęsknił, nikt nie próbował szukać szaleńca, który ponoć schwytał wiatr w polu... Do czasu, aż nie przejrzałem na oczy, a domek z kart szczęścia runął wraz z podmuchem czegoś z czym się nie dyskutuje. Na modłę Kida zacząłem szukać, czytać książki w pamięci mając szczątki tego o czym kiedyś paplał na okrągło. Aż w końcu tym razem, jeden jedyny raz cud sam przyszedł pod moje drzwi. Pewnego ranka otwierając swoją skrzynkę z pocztą przed domem, oprócz codziennych gazet wypadło na chodnik coś jeszcze. Zdjęcie, zdjęcie dawnego przyjaciela sprzed lat, którego wyśmialiśmy, nie widząc, że z siebie się śmiejemy. Tak to był Kid, stary, ale nowy Kid. Szczęśliwy, z grupą przyjaciół, dziewczynami? Nigdy nie widziałem Kida wśród dziewczyn. To zdjęcie jak manifest, niechybnie uderzyło mnie w twarz budząc smutek, a w myślach już przepraszałem Kida za swój czas pogardy. Na odwrocie krótka notka - "Bo szukałeś prawdziwie" wraz z położeniem geograficznym. Tego nie ma na mapie, ale przecież już to dobrze wiedziałem. Wypada jednak potwierdzić, bo logice też się nie upiecze. Zbyt długo trzymała mnie wśród tego co wydawało się rzeczywiste za kratami cierpienia z ignorancją na ustach. Już miesiąc później otwierałem drzwi od samochodu żegnając wszystko i witając pierwszy dzień prawdziwego życia. Lekkość była namacalna, a Kid uśmiechał się ze zdjęcia na desce rozdzielczej wyznaczając kierunek Nowego Jutra. Dzień bezchmurny i ciepły, a wiosna dopiero zaczynała swój przebój "takiej zieleni jeszcze nie widziałeś" i odruchowo go podgłośniłem. Dom sprzedałem bez targowania jakiejś agencji, ze wszystkimi gratami jakie udało mi się do tej pory nazbierać. Nie żałowałem, większość i tak nie miała jakiegokolwiek użytku poza fantazją w mej głowie. A gdy przyszło co do czego nawet fantazje okazywały się zbyt śmiałe. Śmietnik to śmietnik, czasem po prostu ładnie wygląda świecąc sentymentem. Cóż, wszystko chce żyć, nawet i on broni się przed anihilacją jak może. Noce spędzałem w tanich hotelach przy drodze, a skoro świt już byłem w trasie szczęśliwy jak nigdy dotąd. Na drodzę zawsze znajdzie się ktoś kto tam zmierza, ale póki nie jesteś blisko celu nigdy nie wiesz, czy droga nieznajomego ostatecznie łączy się także z twoją. A przy końcu już nie masz wątpliwości, to nie mrzonki, to nie fantazja, oni też tu jadą. Cały świat by jechał... Gdyby wiedział. Na ulicach radośni ludzie, nowe reklamy atakują z każdej strony, takich papierosów jeszcze nie widziałem, będę musiał je gdzieś znaleźć. Ktoś pomachał do mnie, gdy czekam na światłach. Tu powietrze jest inne, i to nie kwestia oceanu czy plaży, choć ta, pewnie także jest niebiańska. Póki co zaszło słońce i plaże mam do odhaczenia skoro świt. Ruszam dalej przejeżdżając przecznice za przecznicą. Gdzieś z dala dobiega mnie muzyka, ludzie tańczą na ulicach, co chwilę nowe atrakcje. Miasto nie wydaje się duże, to nie tandetna metropolia z natłokiem szarej masy chodzącej bez celu. Tu wszystko ma sens, tu każdy ma cel, który raduje twą duszę. Przypomniało mi się zdanie Kida, które kiedyś powiedział - "To miasto nie ma celów, samo w sobie jest celem, będąc tam nie potrzebujesz już niczego więcej." Dopiero teraz zrozumiałem o czym bredził, zaiste, mianuje go świętym jak tylko go spotkam. Nowe papierosy kupiłem na stacji, już w połowie pierwszego wyrzuciłem całą starą paczkę. Trzeba zmienić nawyki, trzeba zmienić myślenie, nowe jest przecież lepsze. Zatrzymałem się w pierwszym lepszym hotelu, mam sporą sumę na koncie po sprzedaniu "starego życia" i póki co nie martwię się o takie prozaiczne sprawy. Wychodzę na ulicę, bo nie mogę na razie usiedzieć będąc w "marzeniu zamanifestowanym w mateii". Wszystko przykuwa moją uwagę, neonowe reklamy zapraszają do barów i restauracji najwyższych smaków. Każdy znajdzie coś dla siebie, nie ma tu rzeczy błahych czy tandetnych. A jeśli coś wydaje się "zwykłe" to dlatego, że jeszcze tego nie pojołem. Trzeba mieć pokorę przed niezrozumiałym. Na szczęście w tym mieście nie ma przypadkowych ludzi i nie dotrzesz tu czcząc boszków starego świata. Kid o tym wiedział, a w jego oczach byłem godny inicjacji i prawdy. Ktoś podaje mi ulotkę, którą biorę bez zastanowienia. "Poznaj swoją miłość na ulicy zakochanych". Wkładam to do kieszeni, choć samotność jest moim defaultem od lat. Łapie sam siebie na schemacie starego życia i... Zmieniam myślenie, nowe jest przecież lepsze. Następna ulotka - "Wejdź do króliczej nory z Madame Alice". Kolejny As w rękawie, nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. Pomału docieram na jakiś placyk, na pierwszy rzut oka to centrum. Miło, przytulnie, nic nachalnego. Do tej pory nie dostrzegłem żadnych służb i znów przypomniały mi się słowa Kida. "W mieście chwały sam sobie jesteś Bogiem i nikt tego nie będzie weryfikował. To inny stan bycia, szacunek jest czymś zbyt oczywistym, by o tym mówić, pogrążasz się tam patrząc oczami martwego świata." Tak jak mówiłeś Kid, martwy świat odpada w przedbiegach. Bo tu nie ma żadnych biegów, a już napewno nie czekają puchary i medale na mecie. Martwy świat nie biega dla zabawy, choć lubi tworzyć takie pozory. Noc jest ciepła i sprzyja wszystkiemu co najpiękniejsze, na małym moście poznaje grupę muzyków. Cudowni ludzie, czuje w nich cząstkę siebie i resztę wieczoru spędzamy razem. Dawno nie poznałem kogoś wartego uwagi, a tutaj pierwsza ekipa do której zagadałem okazuje się moją bratnią duszą. Nie mogą uwierzyć, że dopiero dziś przyjechałem, co robiłem całe życie zatem? Dlaczego tak długo zwlekałem? Wszystkie odpowiedzi wydają się banalne, a słowa wychodzące z mych ust brzmią jak usprawiedliwienia. Nie mogę się nawet dobrze wysłowić, zdawać by się mogło, że ciągle mam na ustach kłamstwa starego świata. Nigdy dotąd tak dobitnie nie czułem tego zniewolenia, czegoś co pożarło mą dusze już dawno temu. Ale w mieście chwały nie ma ludzi przypadkowych. Jestem dla nich jak dziecko uczące się życia od nowa. Niczym diament w węglu i nie muszę nic nikomu tłumaczyć, rozumiemy się bez słów. Następnego dnia spotykamy się wszyscy nad oceanem, nie myliłem się, lazurowe wybrzeże iście niebiańskiej plaży. Egzotyczne owoce leżą na ziemi i wystarczy się tylko schylić. Czas spędzamy na głębokich rozmowach i śmiechu, powoli zapominał o starym świecie coraz bardziej, a jego echa wydają się niknąć w prawdziwej pełni życia. Coś mnie tknęło pod koniec tego magicznego dnia i bezwiednie wyciągnąłem wczorajszą ulotkę "ulicy zakochanych". Czy to może być prawdziwe? Nie wiem czy poczułem większy lęk czy większą ekscytację. Moi nowi przyjaciele nie pozostawiają jednak wątpliwości - jeśli jakimś trafem ulotka jest w mojej kieszeni, może powinienem to sprawdzić? Słońce już zachodzi i obserwuję jak pomału znika za horyzontem wtapiając się w ocean. Ostatnie promienie skąpały mnie jeszcze słowami "to twój dzień". A jakże, jak dotąd nie miałem lepszego. Nademną mewy tańczą swój odwieczny morski skrzek, a ja idę jak we śnie. Ulica zakochanych powinna się tu gdzieś zaczynać jak z ulotki patrzeć. Ale szczerze... Nie ma tu nikogo. Może jednak poszedłem w złą stronę, bo zaraz zaczynają się wydmy. Chyba to za dużo cudów jak na 2 dni. A ja... Przecież ja nie wierzę w cuda... Czasem dobrze spojrzeć prawdzie w oczy, miasto wiecznej chwały? Przyjaciele od ręki? To zbyt piękne, aby było prawdziwe. Zastanawiam się czy to Kid czy ja zjadłem za dużo kwasów na tej imprezie. Powoli wszystko zaczyna się mieszać, ja? Kid? Stary świat? "Nowe jutro" i uśmiechnięci ludzie, których widziałem na ekranie swojego telefonu. Czy to nie to samo? Jak mogłem widzieć Nowe Jutro na ekranie telefonu skoro przecież nikt nie wie gdzie to jest? Powoli pogrążam się coraz bardziej, a myśli wydają się być moim wrogiem. Ciężko złapać się o coś pewnego, o coś co istnieje naprawdę. A czym jest prawda? Czy to nie zlepek paplania ludzi na ulicach miasta przegranych? Czy "inni" istnieją tak w ogóle? Czy może istnieje tylko to co widzę 100 metrów przede mną i nigdy nie istniało nic więcej, a ja przecież nie mogę tego nawet zweryfikować. Nie mogę się z nikim nawet tym podzielić, bo po co rzucać nasiona na beton? Wszystko zaczęło być abstrakcją, wiecznym żartem, a ja poczułem się małą łajbą w ocenie niesioną na fali tandety. Z zapętlenia myśli nagle wybudza mnie głos. - Sorry... Wiesz może, gdzie jest ta ulica zakochanych? Poczułem, że mój samotny default roztapia się w szybkim tempie pomimo że słońce już dawno zaszło, a na niebie zostały już same gwiazdy. Szczerze, nie pamiętam już starego świata. Granica została zatarta gdzieś dawno temu. Tak naprawdę czas też przestał istnieć, jako że tu jest zbędny, a może zawsze był, tylko wreszcie to do mnie dotarło. Jest jak narzędzie, które masz, ale przecież nie pamiętasz do czego służy. Może to będzie dobre na ozdobę choinki w tym roku? Wygląda całkiem zacnie, błyszczy się i w ogóle. A zastosowanie? Pal licho do czego to jest, lepiej pomyśleć do czego się nada. Bo nowa rzeczywistość nie budziła już za dużo wyzwań. Wszystko było idealne, nawet marzenia przestały grać rolę, bo jak odróżnić marzenie od normy? Marzenia były nową normą. Nową na początku, teraz już jedyną, nawet nie starą. Bo nic nie miało już dwóch końcy i pewnego ranka... Nie potrafiłem już odróżnić tandety od piękna. A było jeszcze gorzej, nie potrafiłem się uśmiechać i czuć tego za czym tak bardzo kiedyś goniłem. Choć "kiedyś" było ulotne niczym mgła, zostawiło jednak gdzieś swój ślad. Dlatego mogłem jeszcze czuć, że... Nie czuje nic... I zdarzył się kolejny cud w mieście cudów. Pewnego ranka otwierając swoją skrzynkę z pocztą przed domem, oprócz codziennych gazet wypadło na chodnik coś jeszcze. Zdjęcie, a na tyle napis - "Czasem wieczna chwała to za mało" wraz z położeniem geograficznym. Nie miałem wątpliwości, pismo Kida rozpoznałbym na kilometr. Jego zdjęcie nadal stoi na kominku przypominając... Przypominając, że jest coś więcej... A te nowe zdjęcie? To środek lasu, na ziemi jakiś właz, na pierwszy rzut oka... Jakiś bunkier? Rozdział II. "Bunkier" Już wkrótce - rozdział II "Bunkier". Chyba że... Nie będzie już potrzebny. Bo, nic na siłę jest piękne...